Wszystkie »

  • Wpisów:243
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:225 dni temu
  • Licznik odwiedzin:36 999 / 1568 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
FACEPALM

Sytuacja sprzed chwili, rozmowa na fb na temat zwrotu kolczyków.
A: A nie jest tak, że przy zakupie kolczyków zawsze jest informacja, że nie można przymierzać (w sklepie) i nie można zwracać (online), ze względów higienicznych?
B: kolczyki to nie jest produkt higieniczny...
A: nie napisałam przecież, że to produkt higieniczny...
B: Napisałaś, że nie podlegają zwrotowi ze względów higienicznych.
A: no właśnie, a nie że to produkt higieniczny
B: dla mnie to to samo.
A: tu osoba wyjaśnia grzecznie różnicę między produktem higienicznym a względami higienicznymi podając między innymi przykład bielizny czy testerów kosmetyków.
B: Będziemy sobie teraz udowadniać kto ma rację? Twoja racja mój spokój nara!!
Po czym osoba A dostała blocka....

Serio? Pomijając już fakt, że jest to osoba dorosła i odpowiadająca jako "ekspert" w dziedzinie... tylko ciekawe jakiej? Czytania ze zrozumieniem?
  • awatar What's up Megg: @_em: też mnie to zastanawia... a kolejne dwie objawiły się dzisiaj.
  • awatar _em: O matko, skad sie biora tacy ludzie?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie uczę się na własnych błędach.
Dalej jestem naiwna i wierzę w ludzi...

<młotkiem_w_łeb>
(Była kiedyś taka ikonka na gg
 

 
Ogłoszenie przez UK decyzji o wprowadzeniu kwarantanny dla przybywających do kraju było moim ostatnim dzwonkiem. Miałam dwie opcje: autokar gdzieś ze środka Polski i jakieś 30h podróży na siedząco w jednym miejscu (już współczułam swoim plecom) albo podróż przez Niemcownię i lot za miliony monet. Wybrałam drugą opcję tylko dlatego, że wraz ze zbliżającym się terminem, koszt podróży zrównał się z ceną za autokar, jednocześnie skracając moją mękę do 13h. Kupiłam bilet na 5go czerwca, aby zdążyć przed kwarantanną, która zaczynała się 8go.
Moja podróż zaczęła się o drugiej w nocy i była jedną wielką kombinacją. Najpierw musiałam dostać się do Szczecina (pomógł kolega), stamtąd busem do Niemcowni, ściśnięci jak sardynki w puszce (gdzie ten dystans?). Na lotnisku w DE szok, wpuścili tylko 20 osób do poczekalni, cała reszta, łącznie ze mną, musiała czekać na zewnątrz, na deszczu, przy pizgającym wietrze 3h. Gdy rozpoczęto przyjmowanie bagaży, oczywiście NAGLE wszystkie obostrzenia przestały obowiązywać. Tak samo przy kontroli bezpieczeństwa jak i przed bramką. W samolocie to samo – pełniutki, tylko 3 miejsca wolne. Miałam za sobą 8h drogi i szczerze miałam gdzieś co się dzieje, marzyłam tylko o tym, aby 2h lotu po prostu przespać. Nie udało się. Po wylądowaniu kolejna godzina, sprawdzanie, kolejki, odbiór bagażu… Jedyna emocja jaka się wtedy pojawiła to szok i lekkie przerażenie, gdy zobaczyłam wielkie i zawsze przeludnione lotnisko Stansted – zupełnie puste, opuszczone, pozamykane, ciemne i przeraźliwie ciche. Jak z horroru… Jeszcze chwilę poczekałam przed lotniskiem na kolegę, który wspaniałomyślnie zgodził się mnie odebrać, gdyż nie kursowały żadne autokary. Przede mną kolejne dwie godziny podróży, ale już nie czułam zmęczenia, strachu. Czułam się szczęśliwa, czułam, że jestem w miejscu, w którym powinnam być… którego nigdy nie powinnam była opuszczać. Zatrzymałam się na początku u koleżanki. Wykąpałam się, zjadłam, odrobinę odpoczęłam, przepakowałam kilka rzeczy do plecaka, bo… po południu przyjeżdżał po mnie M. i zabierał do siebie do domu na cały weekend. Niestety praca nie pozwoliła mu odebrać mnie z lotniska, ale może to i lepiej. Miałam czas żeby się psychicznie przygotować do tego spotkania…
 

 
Zaczęła się gonitwa z czasem. Ostatnie poprawki do pracy dyplomowej, ciągłe trasy do stolicy na uczelnię, nauka do obrony, wykańczanie remontu mieszkania, spotkania z notariuszami, prawnikami i agentką od nieruchomości. W międzyczasie doszedł do tego wirus i pierwsze doniesienia o nim ze świata. Znajomość z M. też rozwijała się w dobrym kierunku i w dość szybkim tempie - niestety na odległość.
W końcu dostałam termin obrony - 5 marca - kupiłam bilety do Warszawy i... chciałam kupić bilet do UK. W jedną stronę. Ale zatrzymały mnie nie do końca załatwione sprawy urzędowe w Polsce, jeszcze miałam kilka spraw do załatwienia na miejscu i niekoniecznie byłoby to łatwe do ogarnięcia na odległość. Zostałam.
A jak potem tego żałowałam to wiem tylko ja... I M...
Nagle wielki lockdown, uziemione samoloty, zamykane granice. A my? Coraz bardziej stęsknieni, coraz mocniej żałujący, że nie spotkaliśmy się w styczniu.
I ja żyjąca od tamtej pory codziennymi doniesieniami na temat przywracania lotów. Każdy mój kolejny dzień to była jedna wielka odliczanka: bo po świętach wrócą loty, potem że od maja, potem że od 15 maja, potem że na początku czerwca, potem że od lipca. Myślałam, że oszaleję... im dłużej to trwało, tym byłam bardziej pewna, że moje szanse na powrót do UK maleją. A jeśli miało potrwać to do września czy października - to już nie wrócę tam nigdy. A powodów powrotu było kilka dużych. A wśród nich M.
 

 
Tygodniowy urlop w UK miał jedno główne zadanie - pojechałam tam, aby "pożegnać się" na spokojnie z tym miejscem, pogodzić się, że już je będę tylko odwiedzać oraz załatwić kilka urzędowych spraw.
Urzędowe sprawy załatwiłam. I to by było na tyle z wypełniania postanowień. W zamian za to uspokoiłam bardzo głowę, swoje myśli, byłam tu sama, miałam wszystkie traumy za sobą, mogłam w końcu odetchnąć tym miastem i zachłysnąć się nim na nowo. Zachłysnęłam się na tyle, że w drodze na lotnisko już wiedziałam, że tutaj wrócę. Że chcę wrócić. Że muszę wrócić.
 

 
W dniu mojego wylotu na tygodniowy urlopik do UK, w styczniu, niespodziewanie, po 3 latach milczenia, odezwał się do mnie ktoś. Nazwijmy go M. Byłam oburzona, gdyż uznałam to za szczyt bezczelności i zbyt jawną inwigilację. Taaaak... byłam przekonana, że odezwał się do mnie tylko po to, aby wyciągnąć ode mnie informacje na temat mojego wyjazdu, obecnego pobytu itp. Och żebyście słyszeli jakie wiązanki puszczałam pod nosem, ale... babska ciekawość zwyciężyła. Postanowiłam palić głupa, że niby blondynka to się nie zorientowałam o co chodzi i podejść delikwenta tak, żeby to on wszystko mi wyśpiewał. I tak nawzajem powoli wyciągaliśmy od siebie strzępki informacji przez cały tydzień.
Padła z jego strony propozycja spotkania, porozmawiania na żywo, ale sprytnie się wykręciłam brakiem czasu, co w sumie żadnym kłamstwem nie było. Tyle, że on nie wiedział, że ja już w UK nie mieszkam, a ja z pewnych względów nie wyprowadzałam go z błędu...

Wróciłam do Polski i zaczęłam ostre przygotowania do obrony dyplomu. Tak... na stare lata zachciało mi się kolejnego papierka. Na szczęście to już była końcówka, ostatnie egzaminy, złożenie pracy i obrona planowana na początek marca.
A do tego czasu wyszły tak niesamowite fakty, że jeszcze długo byłam w szoku. Do dzisiaj zresztą się zastanawiam, jakim cudem to wszystko nie wyszło wcześniej.
Otóż... przez 5 lat "pewna osoba" (nie będę się zagłębiać w ten wątek, bo serio nie warto), mocno się starała żebyśmy ja z M. nie poznali się bliżej i broń bosheee żeby coś z tego wyszło. Gdy się poznaliśmy, a było to zaraz po mojej przeprowadzce do UK, coś chyba zaiskrzyło między nami. Tzn. jemu zaiskrzyło, bo podobno od razu się prawie zakochał. Mnie z kolei ujął spokojem i ciepłem, stwierdziłam, że nie pasuje do towarzystwa, w którym się obracał, od razu go polubiłam, bo był inny, zupełnie jak ja.
ALE! - jemu powiedziano, że jestem w związku, więc on nawet nie próbował, a mi wmawiano, że nie jest kimś na kogo wygląda (delikatnie mówiąc). W rezultacie ja nawet nie próbowałam go poznawać bliżej, a on na bieżąco był odstraszany opowieściami z krypty na mój temat. (o tych opowieściach też nie będę tu pisać, bo... do dzisiaj jestem w szoku... może tylko powiem, że doszło aż do kradzieży mojej tożsamości, ktoś żył moim życiem, a mi stworzył zupełnie inne).
3 lata później znaleźliśmy się na jednej wycieczce - znowu iskrzyło, ale nadal żadne z nas nic nie zrobiło.
A w styczniu, on w końcu postanowił się do mnie odezwać i nie dlatego, żeby mnie inwigilować, a dlatego, że dowiedział się, że całkowicie odcięłam się od pewnych osób, wśród których była ta, która między nami mieszała przez 5 lat.
No i stało się
Niekończące się rozmowy, poznawanie się na nowo, weryfikowanie wszystkich kłamstw, jakie nam przez lata wmawiano.
Tak narodziła się piękna przyjaźń.

cdn.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Po powrocie do Polski dodałam wpis, a w nim słowa:
"A potem rozmawiając przez telefon z landlordem powiedziałam mu, że może niedługo tam wrócę, kto wie. Po jaką cholerę to powiedziałam? Przecież dobrze wiem, że już tam niestety nie wrócę. Choćbym bardzo tego chciała. A chcę. I pewnie właśnie dlatego tak to boli..."

Chyba mocno wżarły się w mój mózg, który od tamtej pory intensywnie pracował w tle. Po nowym roku, gdy emocje opadły, a rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej szarobura niż się spodziewałam, mój mózg zaczął mi wysyłać delikatne sygnały, że przecież mogłabym tam wrócić, zacząć od nowa, w nowym miejscu, z nowymi ludźmi, z nowym nastawieniem. Bo dlaczego by nie? Tam byłam szczęśliwa. I nadal mogłoby tam być, szczególnie teraz po wyeliminowaniu toksycznych czynników. Teren oczyszczony więc...?

Pod koniec stycznia do Polski przyleciał na tydzień T., który starał mi się pomóc przed moim wyjazdem. W końcu mogliśmy się spotkać, spokojnie wypić kawę, wszystko omówić. I pojawiła się spontaniczna myśl, żeby może polecieć tam w odwiedziny, na kilka dni? Bo dlaczego by nie? Przeszkodą było ważne spotkanie służbowe w Warszawie, na potwierdzenie którego czekałam praktycznie do ostatniej chwili. Okazało się, że zostało odwołane, więc niewiele myśląc kupiłam bilet, a dwa dni później leciałam do ukochanej Angielni
Lądowanie okazało się dość traumatyczne. Przez ostatnie 5 lat przy każdym lądowaniu w UK czułam wielką radość, że w końcu jestem w domu. Tym razem było inaczej - był strach z nutką paniki... I to rozdzierające uczucie, że jestem tu bezdomna, że nie mam dokąd pójść... Poryczałam się jak głupia... Pierwsze 3 dni spędziłam u koleżanki, kolejne 3 dni u T. Ten wyjazd był niezwykle oczyszczający. Pojechałam odwiedzić moich byłych sąsiadów, porozmawiać z nimi bez pośpiechu. Podświadomie żegnałam się z tym miejscem, przecinałam nić wiążącą mnie z nim od 5 lat. Z każdym mijającym dniem czułam większy spokój. I radość, z tego że mogłam tam być, mogłam zobaczyć moje miejsca, mogłam oddychać tym powietrzem. Wyjeżdżałam z podświadomą myślą, że teraz już mogę na spokojnie tu wrócić. I dalej żyć w miejscu, które dawało mi tyle radości przez ostatnie 5 lat. Musiałam tylko doprowadzić pewną sprawę w PL do końca. I mogłam działać. Chciałam działać. I nie mogłam się tego doczekać.
 

 
Szybki skrót.

A więc Nowy Rok zaczął się dość zaskakująco. Nowy Rok - jak to zabawnie brzmi, gdy pisze się o nim w sierpniu
Główne zaskoczenia to:
- moja chęć powrotu do UK,
- weryfikacja przyjaciół i znajomych, którzy z dnia na dzień w milczeniu wycofali się z przeprowadzonych rozmów, danych obietnic itp. Cóż, jak to mówią - przyjaciół poznaje się wtedy, gdy zaczynasz wstawać na nogi i wracasz do życia o własnych siłach...
- niespodziewany wyjazd na tydzień do UK, który mocno przemeblował moją głowę, ale o tym później,
- "stara-nowa" znajomość - i to jest hit hitów ale o tym też później.
A potem:
- osiągnięcia, nowe działania,
- koronaświrus i chwile grozy, a co za tym idzie - utknięcie w miejscu, w którym bardo nie chciałam być plus wielka tęsknota.
- spontaniczna i szalona podróż.

No i jestem z powrotem w UK.
 

 
A tak się pięknie zaczęło.
Wyspałam się jak nigdy, wstałam z dużym zapasem dobrego humoru i nawet lejący deszcz nie był w stanie mi go zniszczyć...

Taaaaa.... kiedy ja mam dobry humor wtedy cały świat się bardzo stara żeby mi go spieprzyć.

Pęknięty w połowie mały paznokieć z poderwanym mięskiem skutecznie przypomniał mi, że zbyt długo się radować to ja nie mam po prostu prawa!

Plany na weekend też poszły się.... do lasu poszukać
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mija dokładnie miesiąc odkąd znowu jestem w UK.

Tak. Dobrze widzicie - ZNOWU
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
"Mogliśmy się nigdy nie spotkać.
A możemy za sobą tęsknić codziennie."
 

 
Dark Territory - wykrakałeś

Dwa miesiące temu odzyskałam przyjaciela. Tak jakby trochę wbrew mojej woli.
Niby się cieszyłam, ale jednak bałam, że historia się powtórzy.
Niby chciałam go z powrotem, ale jednak trzymałam ogromny dystans i go odsuwałam.
Niby znowu był moim przyjacielem, ale miałam mieszane uczucia.

Potem było dużo słów z jego strony, dużo przepraszania, zapewnień, obietnic, wyjaśniania niedopowiedzeń...
I dużo przyrzeczeń, że już nigdy więcej do tego nie dopuści, że nie pozwoli, że nie skrzywdzi, nie zawiedzie i nie sprawi, abym kiedykolwiek przez niego jeszcze płakała.

Aż do dzisiaj.
Jeb - chyba ktoś tu zapomniał, co nie tak dawno mówił i obiecywał (nie pierwszy zresztą raz).
Jeb - zabolało, ale przecież tego się spodziewałam od początku, więc szybko boleć przestało.
Jeb - nawet się chyba rozpłakałam, ale po trzech sekundach przypomniałam sobie, że przecież nie jest tego wart, skoro czwarty raz zawiódł.
Jeb - tym razem w jego stronę, bo powiedziałam, co o tym myślę. Tonem stanowczym, którego u mnie jeszcze nigdy nie słyszał.
Jeb - nie spodziewał się, wystraszył więc odbił piłeczkę, przeinaczając fakty i moje słowa.
JEB POTRÓJNY - bo przeinaczania moich słów nienawidzę najbardziej.

Nie ma przyjaźni. Nie ma skrupułów. Nie ma uczuć.
DO WIDZENIA!

Ciekawe co on z tym zamierza zrobić...
Bo COŚ zrobi z pewnością...
Ale już nie będzie kolejnego JEB.
Pozostaje obojętność...
  • awatar What's up Megg: @goal digger: jak to mówią: same shit, different day
  • awatar goal digger: Skąd się tacy ludzie biorą... No nic, trudno, jego strata. Najważniejsze, że od początku byłaś zdystansowana i miałaś poukładane w głowie, więc aż tak Cię to nie uderzyło, aczkolwiek i tak szkoda. Nerwów i czasu przede wszystkim.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wróciłam, dużo się działo...
Ale po kolei
 

 
W końcu dotarłam do lekarza...
Jest nieciekawie
Zaawansowana nerwica żołądka, a co za tym idzie odwodnienie.
Mam weliminować stres, a najlepiej szybko zaplanować urlop. Daleko stąd. Bardzo daleko...
  • awatar What's up Megg: @goal digger: Chwilę wypoczęłam. dziękuję.
  • awatar goal digger: Nieciekawa sprawa, współczuję bardzo. :( Stres to chyba największa zmora. :/ :/ Masz jak wypocząć?
  • awatar What's up Megg: @Lalka Zombie: taaaak, niezwykle przydatne. I jakże proste w wykonaniu... :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Chyba zostanę pisarką z przymusu...
Mam tyle opracowań, planów, analiz i innego świństwa do napisania, że klawiatura mi sie dymi, a dziennie płodzę około 100 stron...
Zwariować idzie!
Help me, please.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jest źle...
Czwarty dzień mój organizm nie przyjmuje jedzenia. Zmuszam się, ale on i tak oddaje.
Nerwy mnie zaczynają zabijać chyba...
  • awatar What's up Megg: @DARK TERRITORY: nie śpie od zawsze, a nie jem z nerwów, spokojnie ;)
  • awatar DARK TERRITORY: Nie śpisz, nie jesz, no niedobrze. Musisz wziąć się trochę za siebie i wyjść z tego doła bo niestety nikt inny tego za Ciebie nie zrobi.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Na wszystkich warczę, wszystkich gryzę, nie potrafię wydobyć z siebie miłego tonu. Od dwóch dni nie wychodzę ze swojej dziupli (czyt. łóżka), żeby nikogo nie ranić choćby spojrzeniem.
Czuję się fatalnie, czuję się zbędna, bezdomna i nieważna dla nikogo.
Nie chcę tu być.
Nie chcę być...
W ogóle...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jest coraz gorzej...
 

 
Właśnie wpadłam na to, dlaczego moje życie tak szybko mi ucieka.
Bo ciągle na coś czekam odliczając dni...
Czekam na kogoś, czekam na coś, czekam na dostawę, czekam na termin, czekam na wiadomośc...
Ciągle na coś czekam. Bez sensu.

I tylko nie ma nikogo, kto czekałby na mnie...
  • awatar What's up Megg: @goal digger: czyli nie jest ze mną tak źle, ufff ;)
  • awatar goal digger: TERAZ nie ma, ale kto wie co będzie potem? Co do czekania - najważniejsze, że sobie to uświadomiłaś, bo naprawdę większość ludzi tak żyje i mało kto to ogarnia. Dlatego to już jakiś plus.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Siedzę na łóżku w kompletnych ciemnościach i zastanawiam sie, czy kiedykolwiek jeszcze będę szczęśliwa. Chociaz przez minutę.
I czy chociaż raz nie będę się zmuszać do uśmiechu.
I czy dożyję takiego dnia...
  • awatar What's up Megg: @DARK TERRITORY: mój zegar działa bez zarzutu od lat :p a powód był inny - migrena :p
  • awatar DARK TERRITORY: @What's up Megg: Masz rozregulowany zegar biologiczny. Spróbuj kłaść się i wstawać o tej samej godzinie, a przede wszystkim przed zaśnięciem nie myśl tyle, nie analizuj i nie przejmuj się głupstwami. Po prostu wyłącz myślenie. Dobranoc :)
  • awatar What's up Megg: @DARK TERRITORY: Próbowałam, nie wyszło. Dzisiaj nie udało się zasnąc nawet na minutę ;) ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Z cyklu "rozmowy z idiotą" (pisownia i znaki interpunkcyjne - oryginalne, numery zmienione)

Ja: Ty nadal masz dwa numery telefonu?
123 000 000
456 000 000
Który działa? Ten drugi?
I: 456 ten drugi nie
Ja: 456 to jest drugi, który wpisałam... więc?
I: Ten co mam

KURTYNA
 

 
Szczęśliwego Nowego Roku, oby był lepszy od starego.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zdezorientowana.
 

 
Niech mnie ktoś stąd zabierze...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Przestałam wierzyć.
W cokolwiek...

I komukolwiek!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Remontu ciąg dalszy...
Niech to się już wreszcie skończy...